Last Boarding Call

czyli Gosia i Mariusz w podróży dookoła świata

Mindo: zaczarowany las mglisty – czyli wciąga nas zieleń.

Po kilku dniach w Quito i Otavalo jedziemy do Mindo, które w linii prostej jest oddalone od stolicy Ekwadoru o jedyne 40km (drogą to już jednak prawie 100km). Już sama jazda do Mindo jest wielką frajda – kilkanaście kilometrów za Quito krajobraz zaczyna się zmieniać. Nadal jesteśmy w górach, ale zjeżdżamy sporo poniżej 2,000 m.n.p.m.. Nie ma już wulkanów i skalistych szczytów, są za to łagodne wzgórza i pagórki; niska, stonowana kolorystycznie wysokogórska roślinność ustępuje miejsca bujnej, agresywnie zielonej dżungli. Z każdym kilometrem eksplozja zieleni pochłania nas coraz bardziej.

Dojeżdżamy do Mindo i już przed wyjściem z autobusu widzimy pierwsze kolibry. Naszym pierwszym krokom towarzyszy szczebiot chyba tysiąca ptaków… Jest niezwykle i trochę straszno-dziwnie, bo w Mindo jest tylko jakieś 300 metrów asfaltowej drogi (reszta to drogi gruntowe i szutrówki), praktycznie w ogóle nie ma ludzi, szyldy sklepowe leniwie się bujają i tylko gdzieniegdzie przemykają dzieci kwiaty… A, i jest jeszcze kościół, który mogłyby być scenografia zarówno do ponurej komedii jak i meksykańskiego horroru… A to wszystko otoczone wściekle zielonymi wzgórzami, skrytymi za mglista kurtyna. Co jak co, ale klimat jest…

Nad klimatem Mindo, już tym „niemetaforycznym” należy się pochylić, ponieważ jest to w pewnym sensie jego główna atrakcja. Mindo położone jest na styku dwóch ekoregionów – Andów tropikalnych i tropikalnych nizin (ciągnących się od Kolumbii przez Ekwador do Peru) – jednych z najbardziej różnorodnych biologicznie na świecie. Dodatkowe okolice Mindo są oplecione trzema rzekami i niezliczoną ilością strumieniami. Wszystko to, w połączeniu z wysoką temperaturą, sprawia, że obszar ten porasta las mglisty (zwany też chmurowym), czyli taki, w którym nieprzerwanie zachodzi kondensacja pary wodnej. Skutkuje to ciągłym unoszeniem się mgły lub chmur (stąd nazwa), a dzięki wysokiej wilgotności rozwija się bujna roślinność.

Brak asfaltowych dróg i oznakowania ulic trochę utrudnia znalezienie naszego lokum, ale w końcu udaje się i docieramy do czegoś, co jest połączeniem domku letniskowego i chatki na drzewie.

Idziemy do motylarnio-orchidearnio-kolibrarni. Wchodzimy przez korytarz utworzony z wiszących orchidei. Miejsce jest dość niewielkie, ale jesteśmy w nim sami, co bardzo nam odpowiada. Do tego jaskrawo-żółta koszulka Mariusza, niczym wielki kolorowy kwiat, przyciąga motyle… Siadamy też na drewnianym balkonie i wylegując się w hamakach obserwujemy kolibry. Próbujemy też zrobić dobre, ostre zdjęcie, jednak starcie koliber vs. Canon kończy się wynikiem 1:0 dla kolibra (a w zasadzie to jakieś dwieście pięćdziesiąt do zera…).

W Mindo poznajemy też nowy owoc – guanábana – czyli po polsku flaszowiec miękkociernisty. Mariusz rozsmakowuje się w soku z guanábany – słodkim i orzeźwiającym w smaku, ale, jak dla mnie, o nieco kontrowersyjnym wyglądzie (cały biały, trochę jak śmietana…). W Internecie czytamy, że flaszowiec to świetne źródło witamin B i C, jak również wapnia i fosforu. Niektórzy podobno też twierdzą, że leczy raka…

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy trekking do pobliskich wodospadów. Do początku treku można podjechać taksówką, ale my decydujemy się iść na piechotę – ok 5km szutrową drogą pod górę… Ale nie jest nudno; mijamy ogromne bambusy i starą, porzuconą tyrolkę… Po około godzinie, dochodzimy do punktu startu, czyli kolejki linowej (Tarabita), która dostaniemy się na drugą stronę doliny. Zanim udaje nam się wyciągnąć aparat i kamerę, już jedziemy na drugą stronę… Yupi! Jazda jest szybka i krótka…znów eksplozja zieleni i… koniec – zdecydowanie zbyt szybko. Jazda trwa może półtrej, dwie minuty. Idziemy. Wodospadów jest w sumie 7, my planujemy zobaczyć prawie wszystkie (czyli 6). Początkowo idzie się fajnie, bo w dól, natomiast dość szybko zaczyna nam doskwierać wilgotność (a w zasadzie mnie, bo Mariusz pozostaje niewzruszony…). Im bardziej w głąb się zapuszczamy, tym jest gorzej… przy ostatnim wodospadzie czujemy się jak w saunie parowej. Ale za to jest pięknie i dziko…

Wodospady są celem treku – same w sobie są ładne, ale nie wybitne. Natomiast jest to jedna z tych sytuacji, kiedy droga jest dużo ważniejsza niż cel… Bujna roślinność w połączeniu z unoszącą się mgłą zdecydowanie nas zachwyca. Trudno to opisać, ale w lesie mglistym Mindo jak dla nas było coś zaczarowanego…

Previous

Quito – Mitad del Mundo, czyli błąd pomiaru…

Next

Galapagos – Isla Santa Cruz

2 Comments

  1. Lech

    Nowy wpis tak bez pull request-a i code review ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén