Last Boarding Call

czyli Gosia i Mariusz w podróży dookoła świata

Potosí. Bogata góra.

Bogata góra – cerro rico. Zaintrygowała nas ta nazwa i możliwość odbycia, jak słyszeliśmy, ekstremalnej wycieczki do kopalni. Dlatego pojechaliśmy do Potosí. Bogata góra to kopalnia wewnątrz góry (na ponad 4000 m.n.p.m.), która przez kilka stuleci była skarbonką Hiszpanów. W wielu miejscach można znaleźć informacje, że ilość srebrnego kruszcu była tak duża, że można byłoby z niego wybudować most z Potosí do Madrytu i jeszcze trochę by zostało. Niestety srebro się skończyło, a Potosí – kiedyś najbogatsze miasto Ameryki Południowej, zubożało. Natomiast w środku góry pozostało sporo minerałów i ciągle prowadzone jest wydobycie.

I tu historia robi się ciekawa, bo to, co dzieje się w cerro rico jest chaosem. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu kopalnia byłą spółką państwową, która płaciła górnikom pensje i dbała o ich bezpieczeństwo. Przedsiębiorstwo jednak upadło, a kopalnia została oddane w zarządzanie lokalnym spółdzielniom górniczym (cooperativas). W praktyce oznacza to wolną amerykankę. Górnicy nie mają stałej pensji – ich zarobkiem jest to, co wydobędą i sprzedadzą. Oznacza to, że jeśli ktoś ma szczęście, to w miesiąc może zarobić równowartość kilkunastu tysięcy złotych. Jeśli ma pecha – praktycznie nic…

W kopalni nikt nie kontroluje kwestii bezpieczeństwa. Sami górnicy podobno też nieszczególnie się o to martwią (większość nie nosi nawet chroniących przed pyłem masek). Podobno średnio w miesiącu 14 górników umiera (10 w wypadkach, 4 w następstwie chorób płuc, głównie pylicy; średnia długość życia to 45 lat). Każdy kopie, a w zasadzie wysadza (głównym narzędziem pracy jest dynamit), gdzie chce. Na skutek tego bogata góra jest podziurawiona jak szwajcarski ser i podobno może się w każdej chwili zawalić (postanowiłam nie drążyć tego tematu przed wejściem do kopalni 😉 ). Co ciekawe, zdarzają się przypadki, kiedy górnicy z dwóch cooperativas odnajdują ten sam pokład z dwóch przeciwnych stron. Wtedy zaczyna się wyścig. Komu uda się wydobyć więcej i szybciej, ten zarabia więcej. Często w takiej sytuacji górnicy pracują nocami. Zdarzają się też bezpośrednie konfrontacje – zarówno tradycyjna walka na pięści; incydentalnie dochodzi też do obrzucania się dynamitem… Równie osobliwe jest to, że w kopalni zdarzają się kradzieże, dlatego górnicy muszą zabezpieczać miejsca wydobycia (kłódka musi być!).

Dla nas wizyta w kopalni to, oprócz przygody pod ziemią (a w zasadzie w środku góry), podróż w krainę wierzeń, przesądów i tradycji. Pierwszym przystankiem naszej wycieczki jest górniczy rynek. Jako że górnicy pracują „na siebie”, cały potrzebny sprzęt muszą kupować sami. Zakupy muszą być robione właśnie na górniczym rynku.

Tradycją w Potosí jest to, że zwiedzający przynoszą pracującym górnikom prezenty – liście koki, napoje, alkohol lub dynamit. Z uwagi na wysokość i dużą ilość pyłu w kopalni, górnicy w czasie pracy nie jedzą. Zamiast tego żują liście koki i piją mocny, 96-procentowy alkohol z trzciny cukrowej. Na górniczym rynku mamy okazję spróbować tego trunku. Nasz przewodnik, były górnik, rozpoczyna „rytuał”. Nalewa trochę do nakrętki, po czym wylewa kilka kropel na ziemię – dla Pachamamy (matki ziemi), jednocześnie wypowiadając prośby – o bezpieczną wizytę w kopalni, zdrowie itp. Na końcu wypija to, co zostało. Powtarzamy za nim. Alkohol jest mocny, ale smakuje lepiej, niż się spodziewałam… Tu spotykamy się z pierwszym „wierzeniem” lub przesądem. Górnicy uważają, że picie „czystego” alkoholu sprawi, że w kopalni będą znajdować tylko czyste minerały. Teoria według nas mocno naciągana, no ale „story” jest…

Na górniczym rynku kupujemy soki oraz „la bomba”; czyli dynamit, akcelerator i lont. Bomba kosztuje równowartość 10 złotych. Nie codziennie robi się taki shopping… Lont ma długość ok. 80cm i wypala się w 5 minut, jednak górnicy zwykle z oszczędności go skracają…

Na kolejnym przystanku kupujemy też woreczek z liśćmi koki. Kiedy docieramy do wejścia do kopalni, widzimy górników, którzy żują liście. Wyglądają, jakby mieli w policzku piłkę tenisową. My też zaczynamy żuć. Wkładamy kilkadziesiąt listków między policzek a dziąsła, po uprzednim usunięciu łodyżek. Przewodnik daje nam kawałki czegoś, co ma przyspieszyć działanie liści. Zwykle liście żuje się jakieś 3-4 godziny.

Większości z nas koka kojarzy się z kokainą, co jest brutalnym uproszczeniem. W rejonach wysokogórskich (3500+ m.n.p.m.) koka pomaga organizmowi poradzić sobie z wysokością. Jest też lekarstwem na problemy żołądkowe i wiele innych dolegliwości. W Ekwadorze, Peru i Boliwii spożywaliśmy tę roślinę w postaci naparu, liści i cukierków (herbata w smaku przypomina nam trochę rumianek). I nie, nigdy nie byliśmy na haju… Żeby wyprodukować kilogram kokainy trzeba zużyć 100 kilogramów liści koki.

Ponadto koka to w niektórych rejonach Ameryki Południowej święta roślina. W Boliwii i Peru ciągle składa się ofiary z liści koki (widzieliśmy je m.in. właśnie w kopalni w Potosí). Prezydent Boliwii Evo Morales, który u władzy jest od 2006 roku i ciągle cieszy się dużym poparciem, jest wielkim orędownikiem i obrońcą tej rośliny. Morales wywodzi się z rdzennych mieszkańców Boliwii i przez lata pracował na plantacji koki. W trakcie swojej prezydentury, na arenie międzynarodowej, często podkreślał znaczenie koki w niektórych krajach Ameryki Południowej i jej pozytywne działanie, starając się przy tym odseparować ją od kokainy. Zdarzyło mu się nawet wystąpić z liśćmi koki na jednym ze szczytów Narodów Zjednoczonych…

Wchodzimy do kopalni. Powietrze jest ciężkie, czujemy nieco drażniący zapach, który okazuje się być arszenikiem (podobno jak się wdycha tylko kilka godzin, to nie ma problemu…). Na szczęście jest stosunkowo chłodno. Po kilkunastu minutach marszu w korytarzu docieramy do niewielkiego pomieszczenia, którego centralną część zajmuje figura diabła. To Tio (z hiszpańskiego wujek), któremu górnicy składają ofiary – głównie papierosy, alkohol i liście koki. Zatrzymujemy się na chwilę a nasz przewodnik opowiada o tym, że w kopalni pracuje bardzo mało kobiet. Ich obecność miałaby wywoływać zazdrość Pachamamy, która „w odwecie” miałaby ukrywać minerały przed górnikami.

Kontynuujemy wycieczkę i docieramy do górników, którzy ładują urobek do wózka. Metody pracy są dość prymitywne. Po wypełnieniu do pełna zaczynają pchać wózek w kierunku wyjścia. Idzie im słabo, więc Mariusz ochoczo im pomaga. Hmm… może na końcu wycieczki dostaniemy trochę srebra, które podreperuje nasz budżet… 😉

Wreszcie docieramy do punktu kulminacyjnego – miejsca, w którym górnicy prowadzą faktyczne wydobycie, czyli, w dużym skrócie, wysadzają fragmenty ściany dynamitem. Musimy wdrapać się w górę wąskiego szybu. Przez pierwsze kilkanaście metrów idzie się dobrze, potem szyb robi się wąski i klaustrofobiczny. Jest ostro w górę, a podłoże zaczyna robić się sypkie – mnóstwo luźnych skał i pyłu. Po każdym kroku zjeżdżamy kilkadziesiąt centymetrów w dół. Idzie się ciężko, bo zrobiło się gorąco i jest mało tlenu – w końcu jesteśmy na wysokości ok. 4500 m.n.p.m. Przechodzimy po wąskiej belce do kolejnej części korytarza i znów w górę po chybotliwej, drewnianej konstrukcji. Nie ma co, zasad BHP raczej tu nie stosują… U celu widzimy dwóch górników, którzy wskazują na szczeliny w ścianie. Widać wystające lonty. Schodzimy kilkadziesiąt metrów w dół i czekamy, aż górnicy odpalą dynamit. Po chwili górnicy dołączają do nas, po kolejnej minucie jest pierwszy wybuch. Ogromny huk i uczucie, że ziemia się trzęsie. Potem drugi wybuch, wydaje się mniejszy, ale kilka sekund po nim z szybu wypada kilka pokaźnych kamieni. Lądują blisko, zbyt blisko nas. Po trzecim wybuchu wychodzimy z szybu razem z górnikami, którzy tego dnia kończą już pracę. Gdy dochodzimy do głównego korytarza, robimy przerwę a górnicy częstują nas alkoholem (tym samym, który ma pomóc w znajdowaniu czystych minerałów…). Jestem zmęczona chodzeniem po kopalni i wysokością, i odpuszczam, ale Mariusz twardo pije.

Wyjście na zewnątrz zajmuje nam kilkanaście minut i wywołuje u mnie uczucie ulgi. Wizyta w kopalni była ciekawym doświadczeniem, ale cieszę się, że jest już za mną…

Previous

Boliwia – trudna miłość. Kryzysy w podróży.

Next

Salar de Uyuni. Boliwijska fantasmagoria.

4 Comments

  1. Kasia

    Ekstremalne przygody! 🙂

  2. Anonim

    Szalenstwo i szczescie. To wszystko co przychodzi nam na mysl po przeczytaniu tego wpisu.
    Mag&Kaz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén