Last Boarding Call

czyli Gosia i Mariusz w podróży dookoła świata

Salar de Uyuni. Boliwijska fantasmagoria.

Doczekaliśmy się. Po kilkunastu niezbyt inspirujących dniach w Boliwii nareszcie nadszedł czas na Salar de Uyuni. Salar to ogromne (ponad 10 tysięcy kilometrów kwadratowych; największe na świecie) i bardzo płaskie (różnica wysokości to ok 41cm) solnisko, położone w sercu boliwijskiego altiplano.

Wybraliśmy opcję 3-dniowej wycieczki (chcieliśmy również zobaczyć laguny i tereny otaczające Salar), która kończyła się w chilijskim San Pedro de Atacama. Na Salar jeździ się jeepami 4×4; w naszym oprócz nas były dwie Australijki i dwójka Koreańczyków. I oczywiście przewodniko-kierowca, którym w naszym przypadku był nieźle mówiący po angielsku Neffy.

Wyjazd na Salar rozpoczęliśmy od wizyty na cmentarzu pociągów w Uyuni. Przez długi czas miasto było ważnym hubem kolejowym; teraz wciąż jeżdżą z niego pociągi (tylko cargo) na chilijskie wybrzeże. Cmentarzysko pociągów było całkiem klimatycznym miejscem – a raczej byłoby, gdyby nie tłumy ludzi, które tam spotykaliśmy…

Niestety, wszystkie wycieczki na Salar z Uyuni mają ten sam grafik i wiele razy dotkliwie to odczuliśmy… Dodatkowo, pierwszego dnia spotykaliśmy nie tylko ludzi na wycieczkach 3-dniowych, ale też tych, którzy na Salar przyjechali tylko na kilka godzin. Staraliśmy się jednak nie przejmować tłumami i koniec w końcu dobrze się bawiliśmy w tym miejscu. Na dowód mamy fotkę 🙂 .

Kolejny przystanek to (w naszym mniemaniu bezsensowna) wizyta w miasteczku, którego główną atrakcją były kramy z pamiątkami. Na szczęście nie trwała długo. Wkrótce potem wjechaliśmy na Salar. Nagle zrobiło się wściekle biało. W oddali widzieliśmy kilka samochodów, ale mimo tego mieliśmy poczucie, że mamy całą tę przestrzeń dla siebie. Widok był w pewnym sensie jednostajny, ale nie mogliśmy oderwać wzroku od Salaru.

Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy zrobiliśmy przerwę w okolicach solnego hotelu oraz pomnika upamiętniającego organizację rajdu Dakar w Boliwii. Zrobiło się bardzo gorąco i, znów, tłoczno. Szybko ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu odosobnienia. Kiedy wreszcie je znaleźliśmy, przyszedł czas na fotki. Salar dzięki swojej „płaskości” jest świetnym miejscem na robienie zdjęć z zaburzoną perspektywą. Upamiętniamy więc moment, w którym goni nas tyranozaur, stoimy na sznurówce i bawimy się ciasteczkiem 😉 .

Kiedy sesja fotograficzna wreszcie się skończyła, wsiedliśmy do jeepa i pojechaliśmy na wyspę kaktusów. To niesamowite, że na środku solnej pustyni jest życie… Oprócz kaktusów widzieliśmy też podobne do naszych królików vizcachas i kilka lam. Wyspa nie jest ani duża, ani szczególnie wysoka, ale jako że Salar jest położony na ponad 3600 m.n.p.m., to wejście na jej szczyt trochę nas zmęczyło. Widok z góry – nie trudno zgadnąć – fenomenalny.

Po zejściu z kaktusowej wyspy zaczęliśmy powoli opuszczać Salar. Na szczęście zrobiliśmy jeszcze jeden przystanek w miejscu, w którym fragmenty solnej skorupy zaczęły odrywać się od podłoża. Było pięknie i praktycznie bezludnie.

Zdecydowaliśmy się poczekać na zachód słońca. Był to dla nas jeden z tych pięknych momentów, dla których warto rzucić wszystko i jechać na drugi koniec świata. Subtelna euforia z bycia w miejscu, które zachwyca, połączona z tęsknotą za nim, mimo że jeszcze go nie opuściliśmy.

Noc spędziliśmy w solnym hostelu, a wieczór upłynął nam na rozmowach z innymi podróżnikami. Następnego dnia zerwaliśmy się z łóżek przed piątą rano, żeby zobaczyć wschód słońca. Niestety niebo było pochmurne, ale mimo tego cieszyły nas widoki.

Z hostelu ruszyliśmy przed siódmą. Zaczął padać deszcz, a my zaczęliśmy przemierzać bezdroża boliwijskiego altiplano. Na jednej z dróg gruntowych nasz przewodnik dostrzegł dwa jeepy – jeden z nich zakopany w błocie. Zawróciliśmy więc i pojechaliśmy tylko nieco szerszą „główną” drogą. Tego dnia do wyboru mieliśmy pojechanie standardową trasą wycieczkową, lub alternatywą, mniej obleganą, ale równie malowniczą trasą. Druga opcja została wybrana w demokratycznych wyborach 🙂 . Jechaliśmy wzdłuż lagun, wąwozów i pastwisk (obleganych przez lamy, alpaki i, ku naszemu zaskoczeniu, kilka strusi…), a obiad jedliśmy właśnie na pastwisku, nad brzegiem strumienia pod czujnym okiem kilkudziesięciu lam…

Po południu skierowaliśmy się do zupełnie innej krainy. Nasz jeep zaczął się wspinać wyboistymi, krętymi drogami. Zrobiło się strasznie zimno, wietrznie, a niebo zasnuły gęste chmury. W oddali widzieliśmy padający śnieg. Wreszcie dotarliśmy do Laguna Colorada, czyli w wolnym tłumaczeniu czerwonej laguny. Jezioro jest płytkie i ma różowy, a w zasadzie morelowy kolor. Kolor jeziora zależy od pogody – w słoneczne dni jest intensywnie czerwone. Laguna Colorada jest domem setek flamingów. Rzeczywiście widzieliśmy ich mnóstwo. Niesamowicie było obserwować, kiedy zrywały się do lotu.

Przez kilkadziesiąt minut szliśmy wzdłuż jeziora. Było zimno, ale byliśmy sam na sam z boliwijską przyrodą. Zła pogoda podkreślała odludny, surowy klimat tego miejsca. Ogarnęło nas to samo uczucie, co poprzedniego wieczora. Wkrótce potem pojechaliśmy na punkt widokowy prze lagunie. Znów było pięknie, ale sznur jeepów zaparkowany nieopodal sprawił, że uczucie odosobnienia momentalnie nas opuściło. Przeważającą część dnia spędziliśmy w samochodzie, ale w ogóle nam to nie przeszkadzało. Zwłaszcza dla mnie jeżdżenie po surowych bezdrożach Boliwii było niezapomnianym przeżyciem.

Noc spędziliśmy w hostelu nieopodal laguny. Warunki były bardzo podstawowe, ale przyjazna atmosfera rekompensowała wszelkie niewygody. Następnego dnia mieliśmy ruszyć przed świtem, około 5tej. Chwilę po 4 wyszłam na dwór. Najpierw poraził mnie chłód – było dobrych kilka stopni na minusie. Potem spojrzałam w górę. Niebo było bezchmurne, pokryte milionem gwiazd. I milion nie jest tu metaforą. W życiu nie widziałam takiego nieba. Było niesamowite. Mogłabym próbować je opisać, ale byłoby to bezcelowe, bo w słowniku brak odpowiednich słów.

Pomogliśmy przewodnikowi spakować auto i ruszyliśmy. Wkrótce dotarliśmy na rozległy teren będący szczytem aktywnego wulkanu. Wokół nas pojawiły się kłęby pary i gejzery. Wyszliśmy z auta i podeszliśmy bliżej. Zobaczyliśmy nieduże bajora z bulgoczącą siarką. Ostrożnie podeszliśmy do gejzerów i nieśmiało zbliżyliśmy ręce do strumienia pary – przyjemnie ciepło, zwłaszcza, że poranek był rześki. Ponad kłębami pary wschodziło słońce. Kolejny piękny moment i niezapomniane miejsce, ale musieliśmy jechać dalej. Choć przed wejściem do jeepa dobre 10 minut próbowaliśmy zetrzeć z podeszw butów błoto zmieszane z gliną i siarką.

Kolejnym przystankiem miały być gorące źródła, których – już konkretnie przemarznięta tego poranka – nie mogłam się doczekać. Po drodze jednak zrobiliśmy dwie krótkie przerwy fotograficzne. Obiektem pierwszej z nich był śnieg – nam co prawda szczególnie nie zależało, ale koleżankom Australijkom już tak 🙂 . Przyczyną drugiej były dreptające wikunie. Przez trzy miesiące „polowałam” na dobre zdjęcie tych płochliwych zwierząt i wreszcie się doczekałam.

Gorące źródła okazały się jednym, średniej wielkości basenem, w którym grzał się już całkiem spory tłumek. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma sensu się tam instalować, zwłaszcza, że nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Zamiast tego poszliśmy na spacer wzdłuż pobliskiego jeziora. Znów podziwialiśmy flamingi i znów mieliśmy okazję zobaczyć, jak zrywają się do lotu.

Nasza wycieczka powoli zbliżała się do końca. Kierowaliśmy się do przejścia granicznego z Chile, ale zanim tam dotarliśmy, zaliczyliśmy jeszcze kilka punktów widokowych (między innymi zieloną lagunę i pustynię Salvadora Dali).

Chwilę po 9tej zameldowaliśmy się w punkcie pograniczników i szybko znaleźliśmy busik, który miał nas zabrać do San Pedro de Atacama (jeep wracał do Uyuni). Znów zrobiło się gorąco. Pożegnaliśmy się z przewodnikiem i dziewczynami. Nasza przygoda na Salarze dobiegła końca. Z entuzjazmem czekaliśmy na to, co przyniesie nam kolejna destynacja, ale zaraz już tęskniliśmy za Salarem i boliwijskim altiplano.

Previous

Potosí. Bogata góra.

Next

Ciepło, gorąco, Atacama.

1 Comment

  1. Anonim

    Wow rewelacja 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén